Ostatnio spotkałam się w kawiarni z dawnym znajomym, którego nie widziałam chyba ze 20 lat.
Wiecie, taki fantastyczny moment opowiadania sobie historii i patrzenia z innej perspektywy. Bezcenne.
Rozmawiało nam się tak dobrze, że nawet kawa zdążyła wystygnąć.
I w pewnym momencie zapytał mnie:
„A jaka właściwie jest Twoja pasja?”
I ja… zacięłam się.
No bo co miałam powiedzieć?
„Rozwój osobisty”?
„Poszukiwanie sensu”?
„Coaching”?
Matko, jak to banalnie zabrzmiało w mojej głowie.
Poczułam się przez chwilę jak cytat z kubka motywacyjnego albo opis kursu online pod tytułem:
„Obudź swoją wewnętrzną moc w 7 krokach” :-)))
Coś tam odpowiedziałam, ale dopiero dzisiaj dotarło do mnie, co tak naprawdę mnie kręci.
Najbardziej fascynuje mnie sprawdzanie różnych teorii rozwojowych… w praktyce.
Na sobie samej.
Serio.
Ja nie umiem ślepo wierzyć w rzeczy tylko dlatego, że ktoś napisał o nich książkę, zrobił webinar albo mówi o energii manifestacji głosem spokojniejszym niż lektor medytacji na YouTubie.
Ja muszę sprawdzić.
Zobaczyć, jak to działa w prawdziwym życiu.
W chaosie codzienności.
W relacjach.
W kryzysach.
W momentach, kiedy człowiek ma ochotę rzucić całym swoim „rozwojem duchowym” i zjeść chipsy na kolację.
I prawda jest taka, że wszystko, o czym tutaj piszę, sprawdziłam najpierw na sobie.
Albo na swoich klientach :-))
Niektóre rzeczy działały pięknie.
Niektóre spektakularnie nie działały.
A jeszcze inne działały dopiero wtedy, kiedy zrozumiałam JE naprawdę, a nie tylko intelektualnie.
I właśnie dzisiaj będzie o jednej z takich rzeczy.
O ODPUSZCZANIU PRAGNIEŃ.
Przez długi czas myślałam, że odpuścić oznacza przestać chcieć.
Że jeśli naprawdę czegoś pragniesz — miłości, pieniędzy, nowej pracy, spokoju, spełnienia — to masz po prostu zacisnąć zęby, udawać Zen Mastera i mówić do siebie:
„Nie zależy mi”.
Tylko że… to wcale tak nie działa.
Bo prawda jest taka, że Ty nadal możesz czegoś bardzo chcieć.
Możesz marzyć. Możesz tęsknić. Możesz mieć wielkie pragnienia.
Odpuszczenie nie polega na zabiciu w sobie pragnienia.
Odpuszczenie polega na puszczeniu STRACHU.
To ogromna różnica.
Bo najczęściej nie trzymamy się kurczowo samego marzenia.
Trzymamy się lęku, że to się nie wydarzy.
I wtedy zaczyna się wewnętrzny cyrk.
Myślisz o tym cały czas.
Analizujesz.
Sprawdzasz „znaki”.
Dopytujesz wszechświat jak natrętny klient na infolinii:
„Halo? Kiedy realizacja mojego zamówienia?”
A potem pojawia się napięcie.
I kontrola.
I to dziwne poczucie, że jeśli choć na chwilę odpuścisz, to wszystko się rozpadnie.
Jakby Twoje nieustanne zamartwianie się było klejem podtrzymującym cały wszechświat.
Tylko że nie jest.
Wyobraź sobie, że sadzisz nasionko.
Podlewasz je, dbasz o ziemię… ale nie wykopujesz go co pięć minut, żeby sprawdzić, czy już rośnie.
A my dokładnie to robimy z naszymi pragnieniami.
„Czy już?”
„A może jednak nie?”
„A co jeśli nigdy?”
„Może robię coś źle?”
I w tym wszystkim gubimy jedną ważną rzecz:
zaufanie.
Bo odpuścić nie znaczy:
„Nie chcę tego”.
To znaczy:
„Przestaję żyć w ciągłym strachu, że tego nie dostanę”.
To naprawdę zmienia wszystko.
Bo kiedy przestajesz bać się braku, przestajesz wysyłać do siebie i świata sygnał:
„Nie mam. Nie mam. Nie mam. Nie mam.”
A właśnie z tego miejsca działa większość ludzi.
Chcemy miłości — ale skupiamy się na samotności.
Chcemy pieniędzy — ale żyjemy w lęku przed brakiem.
Chcemy relacji — ale panicznie boimy się odrzucenia.
I potem mówimy:
„Dlaczego nic się nie zmienia?”
Bo energia strachu zawsze zawęża.
Ściska człowieka od środka jak za ciasne jeansy po świętach.
A odpuszczenie otwiera.
Nagle możesz oddychać.
Możesz żyć.
Możesz się śmiać nawet wtedy, kiedy jeszcze nie masz tego, czego chcesz.
I tutaj pojawia się druga rzecz, której bardzo nie rozumiemy.
My chcemy nie tylko dostać to, czego pragniemy.
My chcemy jeszcze dostać to DOKŁADNIE po naszemu.
Dokładnie ten człowiek.
Dokładnie ta praca.
Dokładnie ten scenariusz.
Dokładnie w tym czasie.
Najlepiej do piątku, bo już jesteśmy zmęczeni rozwojem duchowym.
Tylko że życie często widzi więcej niż my.
Ty widzisz jedne drzwi.
A świat może mieć dla Ciebie całe piętro.
Ale kiedy kurczowo trzymasz się jednej wersji, nie zauważasz innych możliwości.
Czasami tak bardzo upieramy się przy konkretnej formie, że przegapiamy coś lepszego.
Ktoś odchodzi, a Ty myślisz, że to koniec świata.
A potem okazuje się, że to było zrobienie miejsca na relację, w której nie musisz prosić o uwagę jak petent w urzędzie.
Nie dostajesz pracy, której chciałaś.
Kilka miesięcy później trafiasz do miejsca, które daje Ci więcej pieniędzy, spokoju i sensu.
Ale wtedy jeszcze tego nie widziałaś.
Bo my często chcemy kontroli bardziej niż zaufania.
Kontrola daje iluzję bezpieczeństwa.
„Jak będę wszystko analizować, przewidywać i sprawdzać sto razy dziennie, to będę bezpieczna”.
Nie będziesz.
Będziesz tylko zmęczona.
Odpuszczenie jest zgodą na to, że nie musisz znać całej drogi, żeby zrobić następny krok.
I nie, to nie oznacza siedzenia na kanapie i czekania, aż wszechświat zapuka z pizzą, miłością życia i przelewem na konto.
To oznacza działanie bez desperacji.
To oznacza:
„Wiem, czego chcę. Idę w tym kierunku. Ale nie będę niszczyć siebie strachem, że to się nie wydarzy”.
Jest w tym ogromna wolność.
Bo nagle Twoje życie nie zaczyna się „dopiero wtedy, kiedy…”.
Dopiero kiedy schudnę.
Dopiero kiedy kogoś spotkam.
Dopiero kiedy zarobię więcej.
Dopiero kiedy wszystko się ułoży.
Nie.
Życie dzieje się teraz.
A paradoksalnie właśnie wtedy, kiedy przestajesz kurczowo ściskać swoje pragnienie ze strachu… ono ma więcej przestrzeni, żeby do Ciebie przyjść.
Może nie dokładnie tak, jak sobie wymyśliłaś.
Ale często lepiej, niż byłaś w stanie wymyślić.
I właśnie na tym polega prawdziwe odpuszczenie.
Nie na rezygnacji z marzeń.
Tylko na rezygnacji z lęku, że bez kontroli nic dobrego Cię nie spotka.
Dobrego Życia Ci życzę 😊.
