Kiedyś naprawdę wierzyłam, że rozwój osobisty działa trochę jak abonament premium na życie.
Wiesz — dochodzisz do tego mitycznego „wyższego poziomu świadomości”, otwierają się złote wrota, w tle gra muzyka relaksacyjna, fale oceanu szumią w rytmie twojego oddechu, a Ty… siedzisz niewzruszona jak mnich na szczycie góry.
Zero złości.
Zero frustracji.
Zero dramatów.
Pełen zen.
Permanentna harmonia.
Wewnętrzna nirwana z darmową herbatką z imbirem.
No cóż.
Nie.
To była jedna z największych iluzji, jakie miałam na temat rozwoju.
Wygląda to zupełnie inaczej.
Rozwój nie polega na tym, że przestajesz czuć trudne emocje.
Nie polega na tym, że nagle już nic Cię nie rusza.
Nie polega na tym, że osiągasz stan duchowej niewzruszalności i od tej pory nawet korek w centrum miasta budzi w Tobie wyłącznie współczucie dla ludzkości.
Wręcz przeciwnie.
Im bardziej się rozwijasz, tym bardziej czujesz.
I to jest ten moment, którego nikt Ci nie sprzedaje na okładkach książek z lotosem na tle zachodzącego słońca.
Bo rozwój to nie amputacja emocji.
To nauka bycia z nimi.
To moment, w którym zamiast mówić:
„Nie powinnam się tak czuć”
zaczynasz pytać:
„OK, czuję złość. To co ja teraz z nią zrobię?”
Kiedyś myślałam, że jeśli naprawdę „przepracuję siebie”, to już nigdy nie dopadnie mnie lęk, smutek czy bezradność.
Że stanę się takim człowiekiem-świątynią spokoju.
Tymczasem życie bardzo szybko zweryfikowało moje duchowe ambicje.
Bo rozwój wygląda czasem tak:
masz świadomość,
znasz techniki oddechowe,
potrafisz nazwać swoje emocje…
a i tak płaczesz w samochodzie na parkingu pod Biedronką, bo ktoś powiedział Ci coś, co dotknęło starej rany.
I wiesz co?
To nie znaczy, że się cofasz.
To znaczy, że jesteś człowiekiem.
Największa zmiana nie polega na tym, że emocje znikają.
Największa zmiana polega na tym, że już nie panikujesz, kiedy przychodzą.
Nie uciekasz od nich.
Nie zamiatasz ich pod dywan.
Nie zakładasz sztucznego uśmiechu i nie mówisz: „Nic się nie stało”, kiedy w środku masz emocjonalne tornado kategorii piątej.
Zaczynasz umieć usiąść obok własnej złości.
Posłuchać smutku.
Nie robić z lęku szefa swojego życia.
I to właśnie jest prawdziwa harmonia.
Nie ta instagramowa, w lnianej koszuli, przy świecy sojowej i dźwiękach mis tybetańskich.
Tylko ta prawdziwa —
kiedy umiesz być przy sobie także wtedy, gdy jest trudno.
Bo rozwój nie daje Ci życia bez burz.
Daje Ci lepszą łódź.
A czasem także kamizelkę ratunkową i poczucie humoru, kiedy właśnie po raz trzeci w tygodniu dryfujesz po oceanie własnych emocji.
I szczerze?
To jest dużo cenniejsze niż ten cały zen z folderu reklamowego.
Chcesz spróbować?
